Cena czy jakość dziecka i jak to się ma do kradzieży smartfona? Ekonomia wszystkiego. Ekspert Bartosz Scheuer wyjaśnia

„Jest tylko jedna nauka społeczna i to my jesteśmy jej reprezentantami”

George Stigler

dr hab. Bartosz Scheuer

prof. UEW

ekspert Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu

1. Czym zajmuje się ekonomia? Pytanie źle zadane.

W powszechnej opinii ekonomia jest nauką, która zajmuje się kwestiami związanymi z gospodarką: rynkiem, cenami, pieniądzem, produkcją, sprzedażą, transakcjami, wzrostem gospodarczym, inflacją, bezrobociem, itp.

Innymi słowy zakłada się, że ekonomia ma swoją dziedzinę przedmiotową, czyli że analizuje pewien konkretny obszar rzeczywistości, a to z kolei oznacza, że można również wskazać zagadnienia, które do tej dziedziny przedmiotowej się nie zaliczają i są przedmiotem rozważań prowadzonym w ramach innych nauk (np. dzietność i zmiany demograficzne przynależą niejako w naturalny sposób do obszaru badań demografii, funkcjonowanie grup społecznych i całych społeczeństw oraz problemy z tym związane, jak choćby przestępczość czy dyskryminacja rasowa, do socjologii, itd.).

Tymczasem okazuje się, że sytuacja w tym względzie wygląda zupełnie inaczej, ponieważ ekonomia, a przynajmniej jej część zwana mikroekonomią, zajmuje się współcześnie zagadnieniami, które w żaden sposób w potocznym tej sprawy oglądzie z nauką tą się nie kojarzą. Mamy bowiem ekonomię przestępczości, rozrodczości, religii, dyskryminacji, interakcji społecznych, małżeństwa, samobójstwa, polityki, a nawet samej ekonomii. Krótko rzecz ujmując, po prostu ekonomia zajmuje się (lub potencjalnie zająć się może, jeśli do tej pory ekonomiści tego nie zrobili) wszystkim, co może nam tylko przyjść do głowy. Można wręcz powiedzieć, że w zasadzie mamy do czynienia z ekonomią wszystkiego.

2. Nie czym, ale jak zajmuje się ekonomia?

Co jednak powoduje, że jest to możliwe i w jaki sposób ekonomia wkracza na obszary, które – przynajmniej tradycyjnie – wiązane są z innymi naukami? Otóż, po pierwsze, od przynajmniej 60 lat możemy mówić o występowaniu zjawiska tzw. imperializmu ekonomicznego, które polega na przejmowaniu obszarów badawczych innych nauk społecznych i które dokonuje się nie na zasadzie prowadzenia przez ekonomistów badań interdyscyplinarnych, a sprowadza się do zastosowania metod i pojęć samej ekonomii do badania danego obszaru tak, jakby było to zjawisko stricte ekonomiczne. Ekonomiści zatem nie współpracują z przedstawicielami innych nauk, a po prostu wkraczają w ich obszar badawczy i robią to „po swojemu”. Robią tak zaś dlatego, że w myśl słynnej definicji ekonomii, sformułowanej w 1932 roku przez L. Robbinsa i głoszącej iż jest ona nauką o dokonywaniu wyborów, po prostu, nie ma żadnego powodu, aby w jakikolwiek sposób wyznaczać jej konkretny obszar analizy. Inaczej jeszcze: ekonomii nie definiuje się poprzez określenie jej dziedziny badawczej, tylko wskazując na jej podejście i metodę. Cokolwiek zatem da się opisać (a właściwie wszystko się da) jako dokonywanie wyborów, to staje się to lub stać się może przedmiotem zainteresowania ekonomii. Po drugie, w odróżnieniu od innych nauk, ekonomiści konsekwentnie, poddając kolejne zagadnienia analizie, stosują bez wyjątku kombinację trzech, prostych założeń (to właśnie nazywamy podejściem ekonomicznym) i tworzą na tej podstawie mniej lub bardziej abstrakcyjny model (i to stanowi ową metodę) danej sytuacji.

Założenia te to, jak określił je Gary Becker, bodaj najsłynniejszy propagator idei imperializmu ekonomicznego i laureat nagrody im. Nobla z 1992 roku: racjonalność podmiotu i jego maksymalizacyjne zachowanie, równowaga rynkowa i występowanie cen lub quasi-cen oraz stałość preferencji.

3. Wnioski, czyli gdzie spotkamy ekonomistów

Jakie są efekty takiego potraktowania sprawy i jak wygląda to w tzw. praktyce badawczej? Przykładowo, gdy zapytałoby się ekonomistę o problem przestępczości, to odpowie, iż należy przyjąć, że przestępcy postępują dokładnie tak samo, jak każda inna osoba, czyli racjonalnie kalkulują bilans korzyści i kosztów, robią to, co robią, w tym samym celu, co inni (mają takie same i niezmienne preferencje – chcą być szczęśliwsi, bogatsi, itd.) i możemy wymodelować całą sytuację tak, jakby funkcjonował rynek przestępstw, na którym o działaniu podmiotów decydują ceny (na takiej samej zasadzie jak mamy podaż usług fryzjerskich, mamy też ofertę przestępczą). Gdy zatem chcemy sprawić, by przestępstw było mniej, to bardzo złym pomysłem okazuje się próba wpłynięcia na przestępców tak, aby zmienili oni swoje cele, właściwe jest zaś takie działanie, które spowoduje zmianę ich bilansu, a to możemy zrobić choćby podnosząc quasi-cenę przestępstwa. Podobnie, gdyby tematem analizy uczynić dzietność, to ekonomista wytłumaczy posiadanie potomstwa używając do tego kategorii popytu i podaży (a więc rynku) dzieci oraz czynników wpływających na jedno i drugie. Wtedy okaże, że (jak to zrobił wspomniany G. Becker) do wyjaśnienia decyzji o posiadaniu takiej, a nie innej liczby potomstwa wystarczy potraktowanie dzieci jako dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku (czyli takich, jak domy, psy i samochody) i przyjęcie, iż o popycie na nie decyduje to samo, co jest istotne także w przypadku tych innych dóbr, czyli jakość, cena i dochód gospodarstwa domowego oraz technologia produkcji.

Brzmi dziwnie? Owszem, nawet szokująco. Niemniej to nie na tej podstawie oceniamy teorie naukowe, bo w nich chodzi o wyjaśnianie, a także – a może przede wszystkim – o formułowanie przewidywań. A tu okazuje się, że te teorie zwyczajnie działają: rozwiązania wprowadzone wskutek analiz dokonanych w ramach ekonomii przestępczości spowodowały spadek liczby przestępstw, a niską dzietność po II wojnie światowej ekonomiści wyjaśnili lepiej niż robili to demografowie.

Kontrast

Zwiększ rozmiar tekstu

Zwiększ odstęp liter

Używaj czcionek przyjaznych dla dyslektyków

Powiększ kursor

Podświetlanie linków

Zatrzymywanie animacji

Resetuj ustawienia