Trump sięga po ropę Wenezueli. Gospodarka w cieniu siły i surowców

Jeszcze pół wieku temu Wenezuela była symbolem bogactwa Ameryki Łacińskiej. Dziś jest jednym z najbardziej drastycznych przykładów gospodarczego upadku państwa, który nie był skutkiem wojny ani klęski żywiołowej. Decyzja administracji Donalda Trumpa o przejęciu kontroli nad wenezuelską ropą – i zapowiedź dostaw od 30 do 50 milionów baryłek do USA – domyka ten proces w sposób bezlitosny, ale logiczny z punktu widzenia globalnej polityki siły.

Po lewej cysterna z ropą w Wenezueli a za nią flaga USA i Wenezueli. Po prawo zdjęcie Iwo Augustyński

W rozmowie na antenie Polskiego Radia 24 dr Iwo Augustyński zwraca uwagę na skalę regresu: w latach 2013–2023 poziom życia w Wenezueli spadł o około 74 procent. To jeden z największych kryzysów gospodarczych w najnowszej historii świata – i to bez wojny.

Źródłem problemu była struktura gospodarki niemal w całości oparta na wydobyciu ropy naftowej. Gdy ceny surowca były wysokie, państwo mogło pozwolić sobie na wszystko. Gdy zaczęły spadać – system nie miał żadnych mechanizmów amortyzujących. Jak podkreśla dr Augustyński, to klasyczny przykład klątwy surowcowej i choroby holenderskiej: uzależnienia rozwoju od jednego sektora, kosztem przemysłu, przetwórstwa i innowacji.

W praktyce oznaczało to, że Wenezuela sprzedawała ropę, a niemal wszystko inne musiała importować. Dochody z surowca nie zostały przełożone na trwały rozwój gospodarczy – zostały przejedzone, w części zdefraudowane, a w części podporządkowane krótkoterminowym celom politycznym.

Nacjonalizacja bez strategii

Często wskazuje się na nacjonalizację przemysłu naftowego jako punkt zwrotny. Ekspert UEW studzi jednak uproszczenia. Sama kontrola państwa nad surowcami nie musi prowadzić do katastrofy – przykładem jest choćby polska miedź. Problemem Wenezueli nie była nacjonalizacja jako taka, lecz brak pomysłu na wykorzystanie dochodów.

Po przejęciu sektora naftowego państwo nie inwestowało wystarczająco w utrzymanie infrastruktury ani w rozwój technologii wydobywczych. Tymczasem wenezuelska ropa jest trudna technicznie – gęsta, wymagająca zaawansowanych procesów rafinacji. Bez dostępu do nowoczesnych technologii i know-how wydobycie zaczęło spadać, a potencjał sektora systematycznie się degradował. Jak zauważa dr Augustyński, powrót do dawnego poziomu produkcji wymagałby dziś miliardowych inwestycji i wielu lat odbudowy.

Ingerencja USA: „hulaj dusza, piekła nie ma”

Ten strukturalny kryzys został dodatkowo pogłębiony przez czynniki zewnętrzne. Sankcje i embargo nałożone przez Stany Zjednoczone uderzyły bezpośrednio w sektor naftowy – jedyne realne źródło dochodów państwa. W efekcie ograniczono nie tylko sprzedaż ropy, ale także dostęp do kapitału i technologii.

W tym kontekście decyzja administracji Donalda Trumpa o sięgnięciu po wenezuelską ropę nie jest wyjątkiem, lecz konsekwencją logiki globalnej polityki. Jak mówi wprost dr Augustyński: „nie ma siły potężniejszej od Stanów Zjednoczonych, która mogłaby powiedzieć, że Amerykanie czegoś takiego nie mogą zrobić”. Prawo międzynarodowe w takich sytuacjach okazuje się wtórne wobec realnej przewagi politycznej, militarnej i finansowej.

Z perspektywy USA to chłodna kalkulacja: Wenezuela ma dług, więc ropa staje się formą jego spłaty. Z perspektywy Wenezuelczyków – to kolejny etap utraty kontroli nad własnym bogactwem naturalnym.

Geopolityka zamiast ekonomii

W rozmowie pojawiają się także wątki rosyjskie i chińskie. Rosja inwestowała w Wenezueli przede wszystkim politycznie – m.in. poprzez dostawy uzbrojenia rozliczane ropą. Chiny traktowały ten kraj jako element swojej globalnej strategii wpływów, a nie kluczowego partnera gospodarczego. Skala środków, która dla opinii publicznej robi wrażenie, dla Pekinu czy Waszyngtonu pozostaje marginalna ekonomicznie, za to istotna strategicznie.

To pokazuje fundamentalną prawdę: kryzys Wenezueli to nie tylko historia błędów ekonomicznych, lecz także przykład podporządkowania gospodarki grze wielkich mocarstw. W takiej układance interes zwykłych obywateli schodzi na dalszy plan.

Co to znaczy dla zwykłych ludzi – i dla innych państw?

Dziś przeciętny Wenezuelczyk żyje za równowartość kilku dolarów miesięcznie, przy kosztach życia liczonych w setkach. Zniesienie embarga może otworzyć kraj na inwestycje i poprawić dostęp do finansowania, ale – jak uczciwie zaznacza dr Augustyński – nie ma żadnej gwarancji, że korzyści trafią do społeczeństwa, a nie wyłącznie do nowych właścicieli i elit.

Historia Wenezueli jest więc ostrzeżeniem. Pokazuje, że surowce nie są ani przekleństwem, ani błogosławieństwem same w sobie. O ich roli decydują instytucje, długofalowa strategia i zdolność państwa do obrony interesu publicznego w świecie, w którym siła nadal wygrywa z prawem.

Zapoznaj się z wywiadem na stronie
https://polskieradio24.pl/artykul/3630529,trump-siega-po-rope-wenezueli-hulaj-dusza-piekla-nie-ma

badania.uew.pl – bo świat potrzebuje kompetentnych głosów, gdy hałas zagłusza rozsądek.

Autor tekstu: Barbara Grzelczak

Kontrast

Zwiększ rozmiar tekstu

Zwiększ odstęp liter

Używaj czcionek przyjaznych dla dyslektyków

Powiększ kursor

Podświetlanie linków

Zatrzymywanie animacji

Resetuj ustawienia